Felietony

Zamknij
10 marca to ciekawa data. Jedni obchodzą Dzień Mężczyzn, inni wspominają Czterdziestu Męczenników z Sebasty. Są też tacy, którzy twierdzą, że to właściwie jedno święto – w końcu mowa o „umęczonych”. Z tej okazji zamiast składać życzenia zdrowia, szczęścia i miłości należałoby raczej wyrażać słowa współczucia i pochylać głowę nad ciężkim (ważącym co najmniej milion ton) losem mężczyzn
Po latach pisania felietonów o Dniu Kobiet pomyślałam, że już niczego nowego nie wymyślę. Postanowiłam więc podstępnie wykorzystać Chat GPT. Nadziei na to, że „zrobi robotę za mnie”, właściwie nie miałam. I słusznie. Najpierw dostałam tekst, że nie potrzebuję jednego dnia, w którym ktoś mi powie, jaka jestem wspaniała. Potem opisał, jak w marcu, jako kobieta, staję się okazją do promocji rajstop i perfum.
„Autorka próbuje sprawdzić, czy da się przećwiczyć życie na sucho. Testuje to na walentynkach, siniakach, fasoli i numerze RAL 3003. Dochodzi do wniosku, że nawet najbardziej szczegółowa instrukcja obsługi relacji nie gwarantuje sukcesu, a komunikacja bywa przeceniana. W skrócie: chciała mieć kontrolę, a dostała doświadczenie”.
Należę do tych, którzy płaczą, czytając „Przeminęło z wiatrem” albo oglądając „Zieloną milę”. Czasem łzy mi się zakręcą, gdy jestem na jakimś przedstawieniu albo gdy słucham muzyki. Kiedyś wstydziłam się tych kropli spływających po twarzy. Dziś myślę, że to dobrze – znaczy, że coś jeszcze potrafi mnie poruszyć.
Zapewne wszyscy już zauważyli, że mamy zimę. W tym roku jednak stała się wyjątkowo złośliwa. Śnieg pada i pada, zwiewa z pól, a mróz trzyma jak zły lokator, który zapomniał się wyprowadzić. No bezczelna ta zima.
W wirze świątecznego narzekania na brak śniegu, prawdziwych kolejek po świąteczną szynkę, zapachu pomarańczy z dawnych lat, nadmiar kurzu pod szafą przed oczami pojawiła mi się wizja tego, co by było, gdyby świąt zabrakło. Ani tych Bożego Narodzenia, ani tych przedchrześcijańskich Szczodrych Godów. Ani żadnych innych w ostatnim miesiącu roku.
Ostatnio jak ognia unikam zaglądania na strony z wiadomościami i oglądania telewizyjnych relacji. Naprawdę – wolę nawet te niedopracowane wpisy o występach dzieci, gdzie każde przedstawienie jest „niezwykłe”, „wyjątkowe”, a atmosfera zawsze „cudowna”, niż kolejne „tragedie”, „zamachy” czy „afery”. Wiem, wiem – nieprofesjonalnie. Bo jak to tak, żyć i jednocześnie nie wiedzieć, co się w świecie dzieje?
Listopad to najlepszy miesiąc, by zacząć się rozliczać. W październiku jeszcze nie warto, bo za dużo słońca, za dużo kolorów i za blisko wakacji. W grudniu mamy już świąteczny czas, więc nie warto. Listopad jest na to idealny. Tym bardziej, że zostaje nam jeszcze kilka dni na poprawę. Trzydziestu kilogramów co prawda nie zdążymy schudnąć ani nauczyć się marokańskiego dialektu języka arabskiego, ale powinniśmy dać radę jeść zdrowsze potrawy raz w tygodniu do końca roku. Ogarnąć podstawy śląskiej gwary też powinno się udać.
Palenie zniczy, odwiedzanie cmentarzy, wspominanie tych, którzy odeszli – zawsze wydawało mi się bardzo oczywiste. Coś, o czym wiedzą wszyscy, obchodzą wszyscy. Byłam przekonana, że 1 listopada wygląda tak samo wszędzie – że w każdym kraju ludzie idą na cmentarz, pochylają się nad grobami, milkną na chwilę.
Wiadomo – jak my byliśmy młodsi, to było lepiej. Zawsze było lepiej. Przynajmniej we wspomnieniach. Kiedyś zmiany następowały powoli, niemal niezauważalnie. Dziś wszystko pędzi, zmienia się, aktualizuje w biegu. Może dlatego tak łatwo zgubić sens słów, które kiedyś coś znaczyły.
Jesień dopadła nas w tym roku wyjątkowo szybko. Niby jeszcze liście nie zaczęły spadać z drzew, a zimno się zrobiło. Susza i chłodne noce sprawiły, że grzyby przestały rosnąć. A potem jeszcze deszczowe chmury zagoniły prawie każdego „normalnego człowieka” do domu.
Wrzesień zawsze wraca jak rana. Miesiąc, w którym Polska runęła w ogień wojny. Rodziny się rozpadały, bliscy znikali bez śladu, ginęła wiara, że człowiek może być dobry dla człowieka.
Początek roku szkolnego to idealny czas na składanie obietnic. Uczniowie czynią to z wiarą, że wszystko będzie przebiegać idealnie, że można uczyć się każdego dnia, da się mieć stuprocentową frekwencję, dostawać same szóstki, nie nakłaniać rodziców do wypisywania kolejnego usprawiedliwienia. Ba, nawet są tacy optymiści, którzy zakładają, że da się pokochać znienawidzoną chemię, historię, a nawet (o zgrozo!) matematykę. Poważnie – są tacy.
„Wakacje są po to, żeby się nudzić” – to zdanie wypowiedział mój małoletni znajomy zaraz po tym, jak usłyszał tyradę na temat pokolenia „płatków śniegu”. No wiecie – tych młodych, co tylko siedzą w telefonach, a jak ktoś na nich spojrzy krzywo, to już trauma na całe życie i wizyta u psychologa.
Za nami kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Kiedyś przez przypadek znalazłam się w stolicy 1 sierpnia. Było to w czasach słusznie minionych, kiedy z pewnego rodzaju wstydem traktowano godzinę „W”. Co prawda nie zakazywano obchodów, ale nie nagłaśniano ich specjalnie. I wtedy zobaczyłam, jak wiele ludzi nagle staje, ci w samochodach włączają klaksony. I wtedy poczułam się częścią historii miasta i jego mieszkańców.