Śmierć polityka rzadko zatrzymuje ludzi na dłużej niż jeden dzień. Kilka wpisów, trochę zdjęć i słów o tym, że był „inny niż wszyscy”. Potem wraca normalność, w której znów nie ma miejsca na człowieka, tylko na funkcję. Tym razem coś jednak zazgrzytało, bo niespodziewanie zabrakło człowieka, który naprawdę próbował coś zmienić.
Wielu mieszkańców naszego powiatu obserwowało jego profile, włączało się w akcje, które promował. Wielu nie umiało powstrzymać łez i słów żalu oraz wściekłości cisnących się na usta w chwili, gdy usłyszeli o jego śmierci.
Łukasz Litewka był znany nie z tego, że mówił piękne słowa ani że był wszędzie i komentował wszystko – od palenia węglem po stan ruin fortyfikacji w Burkina Faso. On po prostu próbował pomagać ludziom i zwierzętom. A kiedy już się w coś angażował, robił wszystko, żeby nie skończyło się na słowach.
Pierwszy raz usłyszałam o nim, kiedy w internecie pojawiły się informacje o nietypowych kampaniach kandydatów na posłów. Wyszedł wtedy z założenia, że banery mogą służyć do czegoś więcej niż utrwalaniu jego wizerunku. Na każdym był też pies ze schroniska, który czekał na adopcję. Pomyślałam wtedy: ciekawy pomysł na kampanię, ale tylko na kampanię. Wiem, jestem cyniczna.
Na wszelki wypadek polubiłam jego profil na Facebooku. I z każdym kolejnym miesiącem przecierałam oczy. Ze zdziwienia, ale przede wszystkim przez łzy. Te ze wzruszenia, kiedy ogląda się zdjęcia ciężko chorego mężczyzny z psem, zatrudnionego przez fundację na etat tylko po to, żeby mógł wychodzić z nim na spacery i co jakiś czas przysyłać zdjęcia. I te z bezsilności, kiedy czyta się o bestialstwie ludzi wobec zwierząt, dzieci i innych dorosłych.
Łukasz Litewka nie bał się mówić. O tym, co w nas dobre, ale też o patologii. O tym, jacy potrafimy być straszni. Wokół niego powstał cały „team Litewka”. Jego „krokodylki” – ludzie, którzy sami tak zaczęli o sobie mówić. Wystarczyło, że wstawiał post o potrzebie pomocy – na leczenie, dom, schronisko. „Ja tu tylko to zostawię…” – zwykł pisać. A potem zaczynało się coś, co trudno było zatrzymać. Wpłaty po dziesięć, dwadzieścia złotych, czasem większe, płynęły strumieniem. Jakby nagle wszyscy chcieli być lepsi, choćby na chwilę.
Udało mu się jednoczyć setki ludzi wokół wielu spraw. W ciągu nieco ponad godziny potrafił zebrać ćwierć miliona złotych na leczenie chorej Lenki. Z każdym kolejnym dniem przybywało „krokodylków”. Niektórzy nigdy wcześniej nie angażowali się w żadne akcje. Inni dopiero wtedy dowiadywali się, jak naprawdę wygląda życie w niektórych schroniskach dla zwierząt, albo że można pomóc choćby dobrym słowem czy udostępnieniem.
Posłowi udała się rzecz rzadka. Poruszył ludzi z różnych środowisk, o różnych poglądach politycznych i religijnych. Pozwolił uwierzyć, że można być dobrym i że obok nas są dobrzy ludzie. Stawał w obronie słabszych – tych, którzy sami nie mogli mówić o sobie, ale też tych, którzy stawali się obiektem hejtu. I ludzie za nim szli. „Pierwszy raz wierzę politykowi” – ten komentarz często pojawiał się pod jego wpisami.
Odkąd usłyszałam o jego śmierci, trudno mi się z tym pogodzić. Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. Są jednak tacy, których zastąpić jest po prostu trudno.
Mam nadzieję, że „team Litewka” się nie rozpadnie, jego fundacja będzie działać i nadal pojawiać się będą posty ze słynnym już zdaniem „Ja tu tylko to zostawię…”.
I jeszcze jedno. W powiecie sierpeckim, w gminie Zawidz spłonął dom. Przeczytacie tutaj Trwa zbiórka na odbudowę.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ekstrasierpc.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz