Zamknij
REKLAMA

Świąteczne wspomnienie

13:54, 19.04.2019 | A.M
REKLAMA
Skomentuj

 

Ostatnio zostałam zapytana przez znajomego nieletniego, z czym kojarzą mi się święta. Miał dowiedzieć się, jak kiedyś, w zamierzchłych czasach, obchodzono Wielkanoc. Uznał, że jestem na tyle wiekowa i trochę pamięci jeszcze zachowałam, że poradzę sobie z tym zadaniem...

Jako nieletnie pacholę na święta czekałam z wielkim utęsknieniem. Na wszystkie i bez wyjątku. Wielkanoc kojarzy mi się z szynką w puszkach, po którą stało się godzinami w kolejkach w sklepach mięsnych. Godziny nie są żadną przenośnią. Jakim cudem ludzie się wtedy nie pozjadali, nie wiem. Większość karnie stała w „ogonkach”, a jak rzucili coś po sześćdziesięciu minutach, to się mówiło, że ma się szczęście. Teraz po pięciu minutach stania w kolejce do kasy w markecie niektórzy są gotowi włosy sobie rwać i warczeć na wszystkich dookoła. Widocznie tamte godziny były jakieś inne. Małolat nie był uszczęśliwiony taką odpowiedzią. Szynka z puszki go nie zadowoliła. Chciał czegoś bardziej świątecznego. Pokolenie lat osiemdziesiątych mnie zrozumie, on jednak miał problemy.

Zatem musiałam pogrzebać mocniej w pamięci. I znalazłam. Wielkanoc nieodmiennie kojarzy mi się wydmuszkami, które trzeba było wykonać na prace ręczne. Dziś wystarczy pójść i kupić w pierwszym lepszym sklepie jajko ze styropianu i je ozdobić. Milion sposobów, jak sprawić, żeby jajko było piękne, dostarczy internet i sklepy, w których pod dostatkiem jest wszelkich artykułów do rękodzieła. My takich możliwości nie mieliśmy i kombinowaliśmy z wydmuszkami. Brało się jajko i robiło dziurki na jego końcach. Już to wymagało umiejętności, bo wystarczyło mocniej puknąć i trzeba było po kolejną sztukę sięgać. Kiedy w końcu udawało się te dziurki odpowiednie uzyskać, trzeba było pozbyć się zawartości, czyli wydmuchać. Jakim cudem jajko wylewało się przez maleńką dziurkę, nadal nie rozumiem, ale po kilku, kilkunastu próbach zwykle się udawało.

Młodszych czytelników informuję, że pomaganie dzieciom przy pracach domowych nie było praktykowane na szeroką skalę. W wypadku wydmuszek też kombinowaliśmy sami. Kiedy już się miało takie cudo, trzeba było je jeszcze ozdobić. Niby łatwa rzecz, ale jak się trafiło na cienkie skorupki, to zdarzało się powtarzać wszystko od początku. Istniały szkoły, które twierdziły, że trzeba najpierw jajko ozdobić, a potem wydmuchiwać. Ale jak z wydmuchiwaniem nie poszło, to całą robotę trzeba było zaczynać od nowa i trwało to dłużej. W każdym razie ja hołdowałam zasadzie: najpierw wydmuchać. Później trzeba było przewlec jeszcze kolorowy kordonek przez dziurki i można było wziąć się za ozdabianie. Robiło się to w różny sposób. Najszybciej szło malowanie mazakami (najczęściej takimi, w które wlewało się wodę po goleniu taty, aby nie wysychały). Ale efekt nie był zbyt spektakularny. Można było je obklejać włóczką. Oczywiście klej nie trzymał, jakby się chciało i do tego wszystko wokół było nim umazane, ale to szczegóły. Była też metoda ozdabiania woskiem i malowania farbami. Wosk lało się dowolnie (w telewizji wtedy też pokazywali, że można używać igieł do nakładaniu wosku, ale odpowiednich do tego igieł oczywiście w sklepach nie było, a te zwykłe efektu nie dawały), a później malowało się to wszystko plakatówkami. Jak popadło.

I kiedy człowiek uszczęśliwiony, że w końcu mu wyszło, zostawiał wydmuszkę do wyschnięcia, przychodziło jakieś nieszczęście. Tłukła się momentalnie. Proces trzeba było zatem zaczynać od nowa. Do skutku. Kolejna udręka była z tym, jak donieść jajo do szkoły i przetrwać czasem pięć kolejnych lekcji do momentu, gdy można było je pokazać nauczycielowi od prac ręcznych. To była sztuka. Nie, nie mieliśmy odpowiednich styropianowych pudełek, wata była na wagę złota, zatem używanie jej do takich celów, jak przenoszenie wydmuszki do szkoły, nie wchodziło w grę. Trzeba było uważać na setki innych nieszczęśników dbających o swoje prace domowe.

I większości z nas sztuka dostarczenia jajka na czas się udawała. Kiedy opowiedziałam tę historię małolatowi, uznał, że mocno koloryzuję i spróbował sam wykonać swoją wydmuszkę. Poddał się po dziesiątej próbie (jajek w domu zabrakło). Stwierdził tylko, że moje pokolenie miało znacznie większą pojemność płuc. Pewnie ma rację.

Życzę Państwu radości z poszukiwań świątecznego nastroju, ponownego odkrywania, dlaczego kiedyś święta dawały tyle radości i zrozumienia, że mimo wszystkich różnic jesteśmy tacy sami i więcej nas łączy, niż nam się wydaje.

(A.M)

redaktor naczelna Ekstra Sierpc Wiadomości Lokalne, mol książkowy, wegetarianka, kocha prokrastynację, od lat związana z TKKF ,,Kubuś", okazjonalnie miłośniczka gotowania i pieczenia, albo gdzieś biegnie, albo pisze

Anna Matuszewska

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© ekstrasierpc.pl | Prawa zastrzeżone