Zamknij
REKLAMA

Ekstra wywiad: Pianista, który nie przestaje marzyć

22:02, 19.10.2018 | A.M
Skomentuj
REKLAMA

 

 

Maksym Rzemiński jest absolwentem Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie fortepianu, laureatem III nagrody Konkursu Chopinowskiego, został wyróżniony przez Ministra Kultury odznaczeniem „Zasłużony dla kultury polskiej”. W sierpeckim skansenie znalazł spokój i nagrał swoją drugą płytę.

 

Skąd wziął się pomysł, żeby nagrać płytę w Sierpcu?

Właściwie to jest tylko jeden powód – pani Magda Mazurowska, która poznając po trosze moją historię, zaproponowała mi pomoc. Jeśli ma się salę, ma się fortepian, są możliwości logistyczne, żeby orkiestra mogła odpocząć i zjeść, to nie można wymarzyć sobie lepszych warunków. Trudno byłoby to zrobić w innym miejscu. Akustyka w sali konferencyjno-widowiskowej Hotelu Skansen Conferance & Spa jest niesamowita. Do tego traktowano nas jak rodzinę. I efektem było to, że daliśmy z siebie wszystko. Nie wyobrażałem sobie, żeby pierwszy koncert, promujący płytę, nie odbył się tutaj. To mój ukłon w stronę pani Magdy, dyrekcji skansenu, zarządzających hotelem i miejscowych włodarzy.

 

Ile czasu trwały nagrania?

Trzy dni, po dziesięć godzin. Wiadomo, że nie były to pełne godziny, bo trzeba było coś zjeść, rozluźnić się, wyprostować kręgosłup. Myślę, że łącznie było to dwadzieścia godzin czystej muzyki, żeby nagrać 75-minutową płytę. To naprawdę nie jest tak łatwo, trzeba rozłożyć sprzęt, nastroić fortepian.


Dlaczego zdecydował się pan na muzykę filmową?

Jestem muzykiem klasycznym, ale kilkanaście lat temu uległem wypadkowi prawej ręki. Sam sobie to zafundowałem. Wyżyłem się na trybunie podczas meczu piłki nożnej. Lekarze nie dawali mi szans, że kiedykolwiek zagram na fortepianie. Zacząłem kombinować, szukać utworów na lewą rękę. Okazało się, że jest tylko jeden, jedyny koncert Ravela. Pomyślałem, że nie będę przecież całe życie grać jednego koncertu i załamałem się. Nigdy nie byłem rzemieślnikiem, nigdy nie ćwiczyłem dużo. Co innego jednak jest nie ćwiczyć, jak się nie chce, a co innego nie grać jak się nie może. Zwariowałem. Trwało to dwa lata i najlepszą rehabilitacją okazało się granie na siłę, podnoszenie trzech palców od trzeciego do piątego prawej ręki. I po roku coś zacząłem grać. Nie mogłem wrócić od razu do klasyki, więc sięgnąłem po delikatniejsze utwory, które nie wymagają takiej wirtuozerii technicznej. Tak zaczął się taki mały powrót. W jednym z hoteli, w których pracowałem, zauważył mnie właściciel firmy fonograficznej i zaproponował nagranie płyty z muzyką filmową solo. I tak się zaczęło. Teraz była druga płyta z orkiestrą.


A trzecia?

Trzecia będzie już z muzyką klasyczną. Mam nadzieję, że również nagrana w Sierpcu.

 

Sierpecka publiczność przyjęła pana bardzo ciepło. Czy spodziewał się pan takiej reakcji?

Ci, którzy siedzieli z prawej strony, widzieli, że popłakałem się ze trzy razy. To się od razu wyczuwa. Każdy potrzebuje takiej pewności, że to, co robi, ma sens. Można otrzymać tysiące wiadomości, że będzie super, ale nigdy nie wiadomo, jak zareaguje publiczność. Było wspaniale. Po każdym utworze były brawa, a potem owacja na stojąco. Po tym koncercie będę dochodzić do siebie przez najbliższe dwa tygodnie, ale było warto.

 

Po koncercie można było z Panem porozmawiać, zdobyć autograf, kupić płytę. Kolejka była spora.

Proszę sobie wyobrazić, że pianista, laureat Konkursu Chopinowskiego, po koncercie w wielkiej sali na ponad tysiąc parę osób sprzedał 15-20 płyt. A ja w Sierpcu sprzedałem 120 krążków. To wyznacznik, że było warto, że się podobało. No i dzięki temu mogę zbierać na kolejną płytę.

 

Czy woli pan grać sam, czy z orkiestrą?

Mam oczywiście też program solo, ale odkąd zacząłem grać z kwartetem, a później orkiestrą, trudno mi się przekonać do występów solowych. Myślę, że dla publiczności to większa frajda.

 

Jaki jest pana ulubiony utwór z płyty „Maximus”?

Trudne pytanie. Chyba jednak „On the nature of daylight” z filmu „Arrival”.

 

Czy ma pan swojego ulubionego kompozytora?

Tu będę niepoprawny politycznie, ale jest nim zdecydowanie Rachmaninow, który wyprzedził Chopina. Chopin był wspaniały, ale ja potrzebowałem czegoś więcej. Ludzie rozpoznają Chopina po dwóch dźwiękach i to nie tylko Polacy. Rachmaninowa mógłbym zagrać od środka i niejeden pianista by się na tym położył. Radzę posłuchać koncertu drugiego albo trzeciego. Moim marzeniem jest jeszcze zagrać Rachmaninowa, ale najpierw muszę zrobić operację ręki. Wypadek zabrał mi rozciągnięcie palców. Kiedyś mogłem objąć trzynaście klawiszy, dziś jest to dziewięć, dziesięć, to jest cztery, pięć centymetrów mniej. Rachmaninow miał największą rękę wśród kompozytorów. I pisał pod siebie. Ja pewnych akordów nie jestem w stanie złapać. Jeśli operacja się uda, może wrócę do gry jego utworów. Na razie mogę spokojnie już zagrać Chopina, Bacha, Mozarta.

 

To na koniec wróćmy jeszcze na chwilę do Sierpca. Jak się panu podoba w naszym mieście?

Byłem dwa razy w skansenie i jestem zauroczony. Przez godzinę patrzyłem na kury. Pani była zdziwiona, że tak długo. Ale to wspaniale wycisza. Kupiłem nawet obraz skansenu. Z przyjemnością tu wrócę.

Dziękuję za rozmowę,

Anna Matuszewska

 

(A.M)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%