Zamknij
REKLAMA

Handel, piłka ręczna i miłość

09:00, 16.03.2021 | A.M
Skomentuj
REKLAMA

 

 

Zofia Skierska to uśmiechnięta, pełna werwy i radości właścicielka stoiska z artykułami gospodarstwa domowego w Blaszaku. Lubi poznawać ludzi, rozmawiać, pomagać innym. Chociaż nie zawsze życie jej się układało, stara się widzieć jak najwięcej jego dobrych stron.

 

Wydaje się pani urodzoną sprzedawczynią. Czy zawsze marzyła pani o pracy w handlu?

Skończyłam liceum handlowe w Płocku. W tamtym okresie jednak nie marzyłam o pracy w sklepie. Przyznaję się, nie lubiłam handlu. Jednak życie potoczyło się inaczej. Po szkole coś trzeba było robić. Zaczęłam pracować w ZURT (Zakład Usług Radiotechnicznych i Telewizyjnych zajmujący się sprzedażą i naprawami sprzętów elektrycznych – przyp. red.), który mieścił się wtedy przy ulicy Płockiej. Byłam intendentką. Nie trwało to długo. Urodziłam syna. Po trzech miesiącach wróciłam do pracy, ale już do WPHW. Najpierw dostałam się do sklepu z odzieżą męską przy farze, tzw. okrąglaka. To była dobra szkoła życia. Miałam okazję pracować z bardzo doświadczoną załogą. Chętnie słuchałam ich rad.

 

A jak pani trafiła do sklepu z gospodarstwem domowym?

Szefową WPHW była pani Tyburska i widząc, jak sumiennie pracuję, zaproponowała mi posadę kierownika sklepu z artykułami gospodarstwa domowego. Był to maleńki sklepik przy ulicy Piastowskiej. Miał około 18 metrów. Czasy były takie, że nic nie było na półkach. Po dostawie wszystko od razu było wykupowane. Pamiętam, kiedyś przyszła starsza klientka i na pytanie, co podać, odpowiedziała: wszystko, co pani ma. I naprawdę wzięła wszystko, od kilku rodzajów pomadek po proszek do prania. Dziś opowiadam to jako anegdotę moim wnuczkom. Kolejny sklep był już trochę większy. Dalej były to AGD i upominki. Mieliśmy kilka dostaw w tygodniu. Później zostałam przeniesiona do Blaszaka. Aż do lat dziewięćdziesiątych.

 

Początek przemian ustrojowych w Polsce to był trudny czas. Czy wtedy odważyła się pani założyć własną firmę?

Właściwie zmusiła mnie do tego sytuacja. WPHW upadało. Trzeba było utrzymać dom i dwóch dorastających synów. W 1991 r. otworzyłam swoją działalność gospodarczą. Najpierw były poszukiwania lokalu. Znalazłam taki 17-metrowy, przy ul. św. Wawrzyńca. Nie miał jeszcze okna wystawowego. To były czasy, kiedy wszystko schodziło. Maluchem jeździłam po towar i sama go przywoziłam. Do fiata 126p wchodziło piętnaście krzeseł ogrodowych i kilka innych drobiazgów. Zaczynałam z kapitałem 2 tys. starych złotych. Biznes powoli rozwijał się. Dawałam sobie radę. Gorzej było w związku. Rozwiodłam się z mężem. Wtedy bardzo mocno pomogło mi to, że miałam firmę i z chęcią szłam do pracy.

 

A jak pani trafiła znów do Blaszaka?

To był 1994 rok. Dowiedziałam się, że w Blaszaku będą wynajmowane stoiska. Wynajęłam niecałe 40 metrów. Później przez jakiś czas prowadziłam drugi sklep, obok poczty. Udało mi się trafić na wspaniałą załogę. Bardzo dużo wymagam od siebie i dużo wymagam też od ludzi, z którymi pracuję. Lubie uczciwość, otwartość i prawdę.

Cały czas staram się reagować na zmiany na rynku. Pomyślałam, że nie jestem w stanie konkurować z wielkimi marketami, więc muszę dać ludziom to, czego nie znajdą w ogromnych sklepach. I zaczęłam jeździć po targach, interesować się wystrojem wnętrz, szukać rzeczy, które są dobrej jakości i są po prostu ładne. Lubię swoją branżę, zmiany, jakie w niej zachodzą. Moda zmienia się nie tylko w ubiorach, ale też we wnętrzach. Nawet garnki mają swoje trendy.

Fot. arch. prywatne

Czy pandemia odbiła się na pani działalności?

Myślę, że koronawirus mocno zmienił handel. Kiedy ogłoszono pandemię, na dwa tygodnie zamknęłam sklep. Ludzie bali się przychodzić do sklepu. Miałam małe załamanie. Nakupiłam towaru sezonowego, związanego ze świętami wielkanocnymi, a tu nagle panika. Zaczęłam sprzedawać przez internet. Na Facebooka wrzucałam zdjęcia i dostarczałam towar do domu klienta.

 

Nie myśli pani o założeniu sklepu internetowego?

Zastanawiam się. To jest jednak trochę inny rodzaj pracy. Wiele osób się przerzuciło na kupowanie w sieci. To znak czasów, w których żyjemy. Myślę o sprzedaży internetowej, ale w dalszym ciągu chcę mieć bezpośredni kontakt z klientami.

 

Czy umie pani odpoczywać?

Oczywiście. Tak, jak lubię pracować, tak potrafię też korzystać z przyjemnych chwil w teatrze, kinie, na meczach piłki ręcznej i nożnej. Lubię jeździć na rowerze, spacerować, czytać dobrą książkę. Relaksuję się również przy tworzeniu stroików i kompozycji kwiatowych. Bardzo lubię podróżować. W pierwszą zagraniczną podróż pojechałam do Włoch. Najbardziej spodobała mi się wycieczka na Santorini. Do tej pory podkreślam, że jak będę brać drugi raz ślub, to tylko tam. Co roku staram się spędzać urlop za granicą i poznawać nowe miejsca, ludzi i kultury.

 

Czy jest w pani życiu ktoś, z kim chciałaby pani wziąć ten ślub?

Tak, parę lat temu poznałam wspaniałego mężczyznę. Jesteśmy razem i czuję w nim duże oparcie. Wiele czasu spędzamy wspólnie. On bardzo lubi sport. To dzięki niemu zakochałam się w piłce ręcznej. Zabrał mnie w 2014 r. na mistrzostwa świata do Danii. Byłam mile zaskoczona. Pokazał mi, jak to jest przeżywać mecze na żywo. Inaczej to wyglądało niż to, co widzi się w telewizji. Emocje są niesamowite. Później pojechaliśmy na kolejne mistrzostwa, do Kataru. Miałam możliwość spotkania z zawodnikami, a przy okazji wiele dowiedziałam się o Katarze.

Udało mu się też przekonać mnie do piłki nożnej. Wiele razy byliśmy na meczach drużyny narodowej w kraju i za granicą. Bardzo ciekawy był wyjazd na mistrzostwa świata w Rosji, zwiedzanie Moskwy, oglądanie meczów z udziałem Polaków. Poznałam wielu ciekawych ludzi związanych z piłką nożną, takich jak prezes Zbigniew Boniek, trener Andrzej Strajlau czy Jerzy Brzęczek.

Fot. arch. prywatne

Jakie ma pani marzenia?

Moje marzenia w sumie spełniły się. Mam wspaniałych synów, których wychowałam sama i jestem z nich dumna. Mam pracę, którą bardzo lubię, wspaniałych przyjaciół, którzy mnie nigdy nie zawiedli. Teraz mam bardzo dużą rodzinę. Czasem siada nas ponad dwadzieścioro przy rodzinnym stole. Lubię dla nich wszystkich gotować i piec, a potem patrzeć, jak wszystko smakuje i znika z talerzy. Rodzina daje mi dodatkową siłę oraz energię do pracy i życia, niech tak już pozostanie.

Dziękuję za rozmowę

(A.M)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%